Fryzjerka Y: I jak efekt, podoba się Pani? 

Klientka X: Tak, bardzo ładnie, jeszcze nikt mi tak fajnie nie wymodelował włosów. 

Klientka X: Ile płacę? 

Fryzjerka Y: 360 złotych  poproszę. 

Klientka X: Za odrost i modelowanie? 

Fryzjerka Y: Tak, dokładnie. 

Klientka X: Ale drogo! Więcej tu nie przyjdę! 

Fryzjerka Y: Rozumiem, w obecnych czasach nie każdego stać na dobrą usługę. 

„No żesz kurna jego mać! Co za baba! Wypiła dwie kawy, zjadła dwa ciastka, nie czekała ani minuty, zrobiłam jej masaż głowy, płaciła kartą i jeszcze mówi, że drogo!” – pomyślała sobie Fryzjerka Y tuż po wyjściu Klientki X. 

Wkurzona posprzątała stanowisko, siadła na fotelu i mówiła sama do siebie:

„Tanio to już było, a drogo to dopiero będzie, a jeśli kogoś nie stać, kupuje farbę w drogerii i tanio sobie robi. I tyle w temacie!”. 

Kto miał rację, pytam się jako fryzjer, jako biegła sądowa w zakresie fryzjerstwa, jako klient także – klient zniesmaczony ostateczną ceną, czy usługodawca? Czy ktoś w tej sytuacji przesadził? Ktoś poszedł o krok za daleko? Klient, który ostentacyjnie wyszedł z salonu, czy fryzjer, który zaciskając zęby delikatnie zripostował „podziękowanie” klienta..?

Podobna sytuacja miała niedawno miejsce i w moim salonie. 

Obok mnie, w tym samym budynku, znajdują się 2 salony fryzjerskie. W sumie, na 9 lokali usługowych, są 3 salony fryzjerskie i 3 salony medycyny estetycznej. 

W najbliższej okolicy takich miejsc jest jeszcze więcej. I co? I powiem kolejny, nie wiem już który, raz- salon fryzjerski to nie kiosk Ruchu, gdzie znajdziesz te same towary. 

Jeden z salonów medycyny estetycznej w mojej najbliższej okolicy prowadzi osoba nie mająca żadnego wykształcenia kosmetologicznego. A osobiście zaprasza na wolumetrię twarzy, którą sama wykonuje. Jeden z salonów fryzjerskich, gdzieś w dalszej okolicy, prowadzi para mężczyzn, z których jeden jest cukiernikiem, a drugi niedoszłym księdzem. W innym salonie pracuje dziewczyna, która jeszcze niedawno zajmowała się… florystyką. Takich przykładów jest mnóstwo! I mówię to jako biegła sądowa w zakresie fryzjerstwa, która na codzień zajmuje się opiniowaniem dla sądów usług fryzjerskich, które na przykład doprowadziły do spalenia włosów i skóry głowy. I, uwierzcie, nie dlatego, że Klientka chciała mieć poparzenie chemiczne skalpu,  ale tak jakoś wyszło… że, po prostu, nie wyszło.

Zatem ja ponownie się zapytam – jako fryzjer z wieloletnim stażem, pracujący tylko na produktach, za które słono płacę, fryzjer szkolący się regularnie – czytaj – płacący za te szkolenia regularnie, fryzjer wyjątkowo dbający o higienę i bezpieczeństwo pracy, komfort klienta, jakość usługi; fryzjer, który regularnie płaci zusy, pity, vaty; fryzjer, który korzysta z prądu droższego o 20% (bo przecież wyprodukowanie prądu do lokalu usługowego jest droższe, niż wyprodukowanie tegoż do domu, prawda?); fryzjer płacący czynsz za lokal; fryzjer, który regularnie musi serwisować kasę fiskalną (dwa stuknięcia w klawiaturę serwisanta i wydruk kwitka potwierdzającego serwis, kosztuje około 300 złotych od jednej kasy, 20 minut pracy, w zasadzie nic z tego nie mam, nawet lizaka na pocieszenie);  fryzjer, który płaci za księgową, bo w Polsce papierologię księgową potrafią  jedynie osoby mające supermoce; fryzjer, który je, ubiera się, ma dzieci, męża, czasem kochanka (lub kochankę), auto, psa, kota. I chce zarobić na powyższe. 

Więc ja wnioskuję do każdego klienta, który zakwestionuje cenę będąc zadowolonym z usługi: poproszę o jeden, jedyny powód, dla którego moje ceny miałyby być takie same, niższe, bądź niewiele wyższe od tych, które są w innych salonach? Dlaczego mam konkurować ceną, skoro zdecydowanie wolę rywalizować jakością? 

I jestem przekonana, że taki wniosek może wyjść od wielu z Was, drodzy fryzjerzy.

Przez jakiś czas mieszkałam na Gran Canarii, pracowałam także w Singapurze. Podróże są moją pasją, więc niejeden salon fryzjerski  na świecie odwiedziłam. Przede mną jeszcze wiele do odkrycia i na pewno będę się w tym kierunku rozwijać. Ale nie o tym chciałam opowiedzieć. 

W każdym z tych miejsc były salony „lowcostowe”, czyli po prostu – tanie, a także te droższe, przeważnie ładniejsze, oferujące “coś” ponad standard. 

Najlepiej mogłam przyjrzeć się temu zjawisku prowadząc salon na kanaryjskiej wyspie. 

Salonów fryzjerskich było tam, delikatnie mówiąc, od groma. W większości królowały te tanie. Bardzo wiele z nich prowadzonych było przez Chińczyków. Farbowanie za 10 Euro? Strzyżenie bez mycia? Raz – ciach – ciach. Szybko, tanio, czasem i kawę nawet dano. 

Ale to, że farby przyjechały z Chin, a puste opakowania po rozjaśniaczach stawały się pojemnikiem do trzymania szczotek i grzebieni, to w sumie drobny szczegół. Można by nawet powiedzieć, zero waste. Modnie.

I, niestety – wiele salonów, aby przeżyć, obniżała swoje ceny, aby nie dać się pożreć chińskiej konkurencji. Redukcja cen, chyba to jasne, nie odbywa się tylko poprzez zmianę cyferek w cenniku. Aby ceny były niższe, musi być niższy koszt. Ot, taki szczegół, o którym usługobiorcy zapominają. 

Można także nadrabiać tak zwaną ilością, czyli 10 strzyżeń męskich w godzinę. Albo trzy koloryzacje „na raz”.  W sumie można. Sobocińska, nie czepiaj się, przecież znasz takie salony.

Ale jedyną słuszną opcją w tym wszystkim nie jest zaniżanie cen. Wręcz przeciwnie, moi drodzy. 

Taki właśnie Klient X, trzaskający drzwiami z fochem na twarzy, bo cena była za wysoka, powinien dać Wam kopa do jeszcze intensywniejszego rozwoju zawodowego, a co za tym idzie – zwiększania jakości usług, a ostatecznie – ustalenia cen na takim poziomie, który odzwierciedli Waszą znajomość materii i kwalifikacje. 

I żeby była jasność: absolutnie nie neguję tanich, lowcostowych salonów fryzjerskich. Uważam, że są potrzebne tak samo, jak Biedronki na polskich osiedlach. Bo każdy powinien mieć wybór – właśnie pomiędzy zakupami warzyw w Biedronce, a w gospodarstwie ekologicznym. I tak samo jest z salonami fryzjerskimi, kosmetycznymi, warsztatami samochodowymi, czy gabinetami stomatologicznymi. Chcesz mieć wybór – proszę bardzo. Idziesz tam, gdzie Cię stać. Mnie nie stać na płaszcz od Coco Chanel. Więc nie wchodzę do butiku Coco przy Rue Cambon w Paryżu i podchodząc do kasy, ze świetnie leżącym na mnie płaszczu, nie krzyczę do sprzedawcy, że oszalał z tymi cenami. Po prostu – nawet tam nie wchodzę.

I tym optymistycznym akcentem chciałabym życzyć Wam  tylko takich klientów, których lubicie, a wszystkim klientom salonów fryzjerskich szczerze życzę tylko takich wizyt w salonach fryzjerskich, które zakończoną się dobrze wykonaną usługą. 

Howk! 

 

 

Olga Sobocińska – fryzjer w najwyższym stopniu mistrza, mgr inż. towaroznawstwa i zarządzania jakością, szkoleniowiec i nauczyciel zawodu, biegła sądowa w zakresie fryzjerstwa, dyplomowana wizażystka specjalizującą się w stylizacji brwi. Jest czynnym fryzjerem pracującym na codzień z wymagającym klientem.